Przez ostatnie 12 godzin jesteśmy w trasie. Podczas podróży zaczęły się pewne problemy żołądkowe (pewnie maślanka wypita u Hassana w domu się teraz odzywa). Było blisko zatrzymania autobusu, ale na szczęście udało się dojechać do toalety.
Do Fes przybywamy prawie w samo południe. Już od samej stacji jesteśmy łapani na taksówkę, ale to my wybieramy sobie naszego szofera. Na docelowe miejsce dowozi nas za 30 dinarów. Ledwo jednak wysiadamy z auta i przejmuje nas inny człowiek, który bardzo chce nam wskazać drogę do naszego Ryadu. Ulegamy mu i w sumie słusznie, bo droga do prostych nie należała (patrz film poniżej).
W Ryadzie wita nas dziewczyna dość dobrze operująca językiem angielskim. Okazuje się, że jest to prywatny pensjonat prowadzony przez marokańską rodzine. Jest bardzo ładny i bardzo stylowy. Nie możemy nacieszyć się tym, jak dobrze wybraliśmy nasz nocleg widząc tylko wcześniej zdjęcia przez telefon komórkowy. Piękne wnętrza, piękny taras, po prostu bajka! Nie spaliśmy jednak dobrze od ostatnich 30 godzin, więc odpadamy w popołudniową drzemkę.
Na wieczór wybieram się jeszcze na chwilę na miasto by kupić coś do jedzenia. Po raz pierwszy kroczę wąskimi uliczkami mediny. Mimo godziny 21 jest duży gwar i wiele otwartych straganów. Zatrzymuje się przy budce wystawionymi szaszłykami z kurczaka (piersi oraz podroby), wołowiny oraz mięsa mielonego. Okazało się, że to jest kebab, więc zamówiłem go wskazując, że chcę kurczaka i mielone. Nie miałem pojęcia, że dostanę wielką bułę wypchaną mięsem, które wskazałem. I to nie po jednym małym szaszłyczku. W środku było całe mnóstwo mięsa, bez żadnego sosu, warzywa czy innego dodatku. Smaku tego kebaba nie da się opisać. Tylko buła i mięso, ale kompletnie nic nie było potrzebne więcej. Wszystko było idealnie doprawione, a dodatkowa miętowa herbata zaostrzała mój apetyt. Wziąłem trochę do pokoju dla Żony, ale kupiłem też ichniejsze słodycze robione z orzechów za 25 dinarów. Smaczne i pożywne.